Fotografia Ślubna

Uwielbiam te miłosne historie. O setkach kilometrów które ktoś przejechał żeby pocałować swoją dziewczynę na dobranoc, awanturach o niezakręconą tubkę pasty do zębów, o miłościach z rozsądku, z szaleństwa, z zaskoczenia. Bo każda para jest inna. Każda mówi własnym językiem opowiadając własną, niepowtarzalną historię. Złożoną z drobnych gestów, słów i znaków. Ze spojrzeń które tylko dla nich są zrozumiałe a które można uchwycić tylko na zdjęciach. Moim zadaniem jest zachować czujność. To nie może się znudzić, to jak poznawanie świata wciąż od nowa. Chcę fotografować zakochanych…Pstrykam więc ślubnie, rodzinnie, komercyjnie i niekomercyjnie, w kolorze i w czarno-bieli. Zawsze z miłością.

Hey everybody, say hallo to Monika & Konrad! Monika i Konrad czyli megaprzyjemne przygotowania z kocim towarzystwem w tle, mieszkanie z tarasem jak w górskim pensjonacie (ludzie, jak my Wam zazdrościmy tego tarasu!;), druchny jak z amerykańskiego serialu i sala weselna, której udało się nas zaskoczyć (uwaga, będzie anegdota z morałem). Pędzimy w kierunku tejże sali, tuż za czerwonym kabrio młodych i jak zwykle zastanawiamy się, co też zastaniemy na miejscu (kto szukał domu weselnego w Polsce ten wie, że architektonicznie dominuje w tych przybytkach styl góralsko-grecki z odrobiną secesji). „A jak nazywa się ta sala?”-pytam Roswadowskiego. „Riviera”- z szerokim uśmiechem odpowiada brodaty. I już się śmiejemy serdecznie oboje no bo Riviera, wyobraźcie sobie, jak może wyglądać miejsce, co nazywa się Riviera. Zajeżdżamy pod Rivierę a tam bardzo ładna, gustowna sala weselna. Jedzenie było ekstra, obsługa pierwsza klasa. O. Całe życie się człowiek uczy pokory;D

 

Sezon ślubny to taki śmieszny czas bo my tu w bezustannym chaosie, obiady z bufetu, sterty prania czekające na swoją kolej, zaległości kinowe i nieustanna żonglerka pracą i zajmowaniem się Świerszczem, tysiące zdjęć aż komputery nie nadążają mielić a na blogu.. pusto. Musicie nam wybaczyć, kiedy tylko trochę ogarniemy się z robotą zaczniemy uzupełniać internetowe zaległości. A na osłodę- ślub który zaprzeczył prawom grawitacji. Pierwszy raz widzieliśmy danse w których goście weselni unosili się pod sufit! Kissy dla Oli i Tomka!
 
Jeśli traktować ślub Olgi i Roberta za wróżbę właśnie rozpoczętego fotograficznego sezonu to przestępujemy z nóżki na nóżkę w oczekiwaniu na lawinę atrakcji :) Bo skoro w ciągu jednego dnia możesz być świadkiem tego jak wszyscy chodzą w takich samych kapciach, smarowania palców wazeliną, żeby pierścionek nie utknął przy przysiędze, ostatniego lodzika przed ślubem i dobrej wróżby z chińskiego ciasteczka to co jeszcze może przydarzyć się tego lata? Oby same takie przyjemności!
 

 Tak się rozpędziliśmy w naszych zimowych wycieczkach, że na kolejny ślub musieliśmy zarezerwować bilety w Wizzair i zmienić język na angielski.
Wszystko było więc nowe i ciekawe aż Borys dostał rumieńców z wrażenia. Słusznie zresztą bo trafiliśmy na ślub wyjątkowo sympatycznej pary dla której warto byłoby nawet zrezygnować z ciastka u królowej. Gdyby zaprosiła of course;)