Fotografia Ślubna

Uwielbiam te miłosne historie. O setkach kilometrów które ktoś przejechał żeby pocałować swoją dziewczynę na dobranoc, awanturach o niezakręconą tubkę pasty do zębów, o miłościach z rozsądku, z szaleństwa, z zaskoczenia. Bo każda para jest inna. Każda mówi własnym językiem opowiadając własną, niepowtarzalną historię. Złożoną z drobnych gestów, słów i znaków. Ze spojrzeń które tylko dla nich są zrozumiałe a które można uchwycić tylko na zdjęciach. Moim zadaniem jest zachować czujność i złapać w piksele niepowtarzalność miłości. To nie może się znudzić, to jak poznawanie świata wciąż od nowa. Chcę fotografować zakochanych…Pstrykam więc ślubnie, rodzinnie, komercyjnie i niekomercyjnie, w kolorze i w czarno-bieli. Zawsze z miłością.

To był strasznie ciężki dzień w pracy. Najpierw spacer z rowerem- wyciskacz potu i łez. Pogawędki, przytulanie, całowanie, wąchanie słoneczników- robota dla strongmenów conajmniej. Potem zdjęcia na bieżni- ostatnimi siłami. Roswadowski wrócił do domu umęczony jak pies i ocierając pot ze skroni zażądał obiadu godnego ciężko pracującego człowieka. Jak tak teraz patrzę na wyniki pracy to myślę sobie, że szczwana bestia z tego mojego Homara;) Wyłudzacz jedzenia kategoria Prima!

Asia i Łukasz- następnym razem ja jadę z Wami na męczące roboty sesyjne. A Homar zostaje w domu gotować obiad z trzech dań i deseru dla całej naszej trójki:) Kissy!
 

Pamiętacie Olę Konopkę która wygrała nasz pincloudsowy konkurs na sesję jakieś sto milionów lat temu? No więc sesja była, poleźliśmy w trawę bo czego to się nie robi dla miłości. A sama Ola przy entuzjastycznej pomocy swojego Tomasza zrobiła nam takie coś, żeśmy się zastanawiali czy z nami wszystko w porządku. Bo co by nie mówić, tak to my się nie umiemy przytulać! Osom! A teraz wszyscy patrzą na mistrzów.

 

Dobra mili Państwo, koniec tego. Wyprzedaże zimowe były, nakupiliśmy milion koszul, spodni i skarpet więc nie narobimy Wam wiochy w sezonie ślubnym;) I teraz już ta zima do niczego nie potrzebna więc zróbmy tak, że uznajemy, że wystarczy. Było mineło, prosimy wiosnę. Tym bardziej, że właśnie skończyliśmy pracować nad sesją która prawie pozbawiła nas palców;) A to tylko dlatego żeśmy wyleźli na dwór pełni wiary i nadziei i z konmi i w ogóle i nam się wydawało, że nas minus dwadzieścia nie ruszy. Pół godziny wytrzymaliśmy co czyni z nas fotografów i modeli sezonu. Sto punktów dla Zosi za uśmiech i niezgrzytanie zębami;) A teraz czekamy aż się zazieleni. I kropka.

—————

All right Ladies And Gents, that’s it. Winter sales have just finished, we’ve bought lots of shirts, trousers and socks so we won’t bring shame on you in the wedding season Now we don’t need winter any more – we’ve had enough, bygones, we want spring, all the more that we’ve just finished working on a shoot, which almost took our fingers. Only because we went outside, full of hope and optimism, with horses, and it seemed to us that -20 °C is nothing. We were able to stay outside only for 30 minutes which makes us photographers and models of the year. Zosia gets all the marbles for smiling and not grinding her teeth And now we’re just waiting till it turns green outside. Full stop.

Zabieraliśmy się do tej sesji przez okrągły miesiąc. Sweterki leżały złożone w równą kostkę, dziedzic zgodził się pożyczyć sanki, był ogólny plan i szczegółowy zamysł. A potem przyczepiła się grypa, potem nie było śniegu, poźniej pochłonęły nas inne projekty a na koniec wiadomo: były święta i było po świętach. Powoli zaczynaliśmy się oswajać z myślą, że wszechświat ma w dupie naszą potrzebę wyrażania się poprzez twórczość i może nie należy z tym dyskutować a jedynie zabrać się do robienia obiadów i jeżdżenia z młodym jego zdalnie sterowanym traktorem. I (jak to zwykle bywa) kiedy już odpuściliśmy, wyluzowaliśmy i włączyliśmy ogólny chill- stało się. Spadł cudny, skrzący się śnieg, zaświeciło miękkie, ciepłe słońce i pojawili się Sylwia i Maciek. Wrzuciliśmy sprzęt do bagażnika i po prostu pojechaliśmy na plener. Wyszło nam trochę po amerykańsku ale też bardzo po naszemu. Sylwia była dziś najpiękniejsza a Maciek wiadomo- skowyrny gość. W ogóle wszystko było bardzo skowyrne a każdy, komu zjawisko skowyrności jest nieco obce dostaje od nas pracę domową- zrobić michę popcornu i obejrzeć „Czas surferów”.  Rzecz okropna ale skowyrność wytłumaczy i wszystko będzie jasne. Kissy!

Robimy zimowe porządki. Brodaty (nareszcie!) wyniósł rowery do piwnicy, posortował skarpety na kupkę „z dziurą” i „bez dziury”, zrobił Olkowi indiańskie tipi z trzech kijków od szczotek i starego prześcieradła a na koniec uporządkował szafę ze sprzętem. Pięknie wyglądał z taką mikrościereczką trzymaną dwoma palcami, pucując aparaty, obiektywy i lampy. Bardzo był tym wszystkim przejęty bo nie dość, że taka rewolucja to jeszcze grzebiąc w stosie kabli, złączy i pilotów znalazł dysk co to zagubił mu się sto lat temu (jakoś tak późną jesienią). No więc wiadomo, ściereczka, te sprawy i od razu podłączyliśmy urządzenie celem sprawdzenia, co też nam się odnalazło. I proszę, Ula i Tor się odnaleźli. Godzinna sesja z szaleństwem w tle bo szybko, szybko i jeszcze szybciej. Trochę nam tęskno do uroczej Upssali w której na każdego mieszkańca przypadają chyba ze trzy rowery, studenci biegają przebrani za smerfy a Ula robi najlepsze burrito na świecie. Więc gdybyście mieli tam ciotkę lub stryja (może być nawet z dalekiej rodziny) to polecajcie nas gorąco, na bank pojedziemy:) Tymczasem zobaczcie jak to było w zeszłym roku.