Fotografia Ślubna

Uwielbiam te miłosne historie. O setkach kilometrów które ktoś przejechał żeby pocałować swoją dziewczynę na dobranoc, awanturach o niezakręconą tubkę pasty do zębów, o miłościach z rozsądku, z szaleństwa, z zaskoczenia. Bo każda para jest inna. Każda mówi własnym językiem opowiadając własną, niepowtarzalną historię. Złożoną z drobnych gestów, słów i znaków. Ze spojrzeń które tylko dla nich są zrozumiałe a które można uchwycić tylko na zdjęciach. Moim zadaniem jest zachować czujność i złapać w piksele niepowtarzalność miłości. To nie może się znudzić, to jak poznawanie świata wciąż od nowa. Chcę fotografować zakochanych…Pstrykam więc ślubnie, rodzinnie, komercyjnie i niekomercyjnie, w kolorze i w czarno-bieli. Zawsze z miłością.

Znamy się z Borysem od lat, właściwie dorośliśmy razem. Z dzieci zamieniliśmy się w dorosłych, we właścicieli firm, w rodziców. Znamy swoje nawyki, swoje supermoce, słabości i kadry. Wiem jak Borys patrzy, w jakim tempie pracuje, czasem po prostu czuję, że za chwilę przyklęknie z aparatem. Wiem, że dobry. Z roku na rok lepszy. Ale czasem wraca z krótkiego wyjazdu, dosłownie parę dni w Hallstatt i Wiedniu, parę dni z Przemkiem i Agatą i pokazuje mi to, co przywiózł. Myślę sobie wtedy, że zupełnie nie chodzi o sympatię. O to, że się znamy. Chodzi o szacunek. Szacunek o wciąż niezadowolonego z siebie fotografa. Fotografa, który pracuje niezauważalnie i lekko jakby oddychał by później pokazać zdjęcia, które można oglądać wciąż od nowa. Zobaczcie Agatę, Przemka, i najromantyczniejsze miasteczko Europy oczyma Borysa.

 

„Daj więcej beatu maestro
Buja się całe sąsiedztwo
Nie znamy granic i przez to
potem czujemy się kiepsko
Nienauczeni na błędach
Dzisiaj się tworzy legenda..”

Taką teraz grają piosenkę w radio i ona strasznie nam przypomina dzień w którym poznaliśmy Ilonkę i Piotra:) Skończyliśmy pracować w sobotnią noc w Warszawie i tuż po północy ruszyliśmy do Szczecina gdzie czekała na nas  ta właśnie przygoda. I jechaliśmy tak po ciemku zagrzebani w pustych kubkach po kawie, w papierkach od zapiekanek i opowiadaliśmy sobie straszne historie żeby nie zasnąć. Ranek zastał nas gdzieś na podmiejskim parkingu na którym przypadkowa, niemiecko-polska publiczność miała okazję przyjrzeć się jak dwójka potarganych, półgołych fotografów podskakuje na jednej nodze próbując wcisnąć się w świeże spodnie:) Ale jak się żeśmy w te spodnie zapakowali to była już tylko impreza. Impreza totalnie przepiękna, totalnie do rana i z najlepszym Harlem Shake ever. Jak cudownie, że mając dwadzieścia parę lat nie trzeba tak bardzo przejmować się snem:) Każda minuta nasza! Kissy dla Ilonki i Piorka!