Fotografia Ślubna

Uwielbiam te miłosne historie. O setkach kilometrów które ktoś przejechał żeby pocałować swoją dziewczynę na dobranoc, awanturach o niezakręconą tubkę pasty do zębów, o miłościach z rozsądku, z szaleństwa, z zaskoczenia. Bo każda para jest inna. Każda mówi własnym językiem opowiadając własną, niepowtarzalną historię. Złożoną z drobnych gestów, słów i znaków. Ze spojrzeń które tylko dla nich są zrozumiałe a które można uchwycić tylko na zdjęciach. Moim zadaniem jest zachować czujność. To nie może się znudzić, to jak poznawanie świata wciąż od nowa. Chcę fotografować zakochanych…Pstrykam więc ślubnie, rodzinnie, komercyjnie i niekomercyjnie, w kolorze i w czarno-bieli. Zawsze z miłością.

Powoli, całkiem powoli odparowują z nas emocje zeszłorocznego sezonu. Trochę gotujemy, oglądamy seriale i składamy motorówki z klocków Lego w wolnych chwilach porządkując zeszłoroczne materiały. Wracają do nas dni takie jak ten z Kamilą, Pawłem i Antkiem i Borys wtedy zaczyna tęsknić za latem. Mówi, że fajnie się odpoczywa i, że Lego z Młodym to oczywiście rozrywka pierwszoligowa ale do biegania z aparatem zawsze się tęskni. Zobaczcie więc jak Borys biegał za bardzo uśmiechniętą rodziną oraz co z tego pościgu udało się nam potem zmontować. A jeśli to, co wybiegał przypadnie Wam do gustu skrobnijcie mu kilka słów pocieszenia, że już niedługo ponownie zrobi się ciepło. Może się rozchmurzy chłopak bo po spacerze w zacinającym deszczu zrobił się jakiś markotny;) Dobrego!

Kiedy przeczytaliśmy pierwszy mail od Pawła i Agi byliśmy przerażeni. Ślub w Toskanii. Bez gości. Z przypadkowymi świadkami. Wesele we dwoje. „Będzie im smutno” załamała ręce Ania. A potem spakowała sandały, letnią sukienkę, swój wielki fotograficzny plecak i pojechała na lotnisko. Bo (jak w międzyczasie ustaliliśmy) Ania nie jest od tego żeby się wymądrzać tylko być wszędzie tam gdzie dwoje ludzi się kocha i potrzebuje zdjęć;)

Wracając przywiozła mnóstwo piegów, wina i żądań, że mam na nią natychmiast zacząć patrzeć tak jak Paweł patrzył na Agę. Opowiadała, że widziała na własne oczy jak można stać się dla siebie całym wszechświatem, salą balową, setką gości i pokazem fajerwerków. Że można tak ze sobą być, że fotograf się rumieni od samego stania obok. I, że figi zrywane z krzaka podczas spaceru wiejską dróżkąa będą się jej śnić przez całą zimę. Teraz mówi, że owszem- śnią się.

 

Tego dnia przede wszystkim piękna była Klaudyna. W zjawiskowej sukience i superwysokich pudrowych szpilkach. W pastelowym wianku, dobrych perfumach, w całym swoim szczęściu. Grzesiek też był cudny. Z tym totalnie autorskim zawadiackim urokiem pożarł nam serca zanim wysiedliśmy z samochodu. A dalej było już podobnie. Stary Folwark, kwiaty, handmadowe dekoracje, mnóstwo detali, malutki kościółek i makaroniki (znów zjedliśmy połowę;)). I weekendowy Berlin w charakterze wiśni na tym niezapomnianie pysznym miłosnym ptysiu. Nic byśmy nie zmienili. Wszystko chcemy pamiętać. 

 

Wychodząc do pracy za każdym razem odhaczamy checklistę: aparaty, obiektywy, lampy, ładowarki, baterie, karty, marynarki, koszule na zmianę. Jak wszystko jest znaczy się, że gotowi. Czasem tylko zdarza nam się para młoda jak Martyna i Przemek a wtedy zaczyna brakować nam sprzętu. Nagle przydałby się rower, rolki albo przynajmniej trzecia ręka. Nadążenie za fabułą staje się niemożliwe, z nienacka zostajemy wciągnięci w wir kolorów, dźwięków i świateł który pędzi niewyobrażalnie, aż wypluwa nas po północy zmęczonych do obłędu. Wracamy do domu nie pamiętając do końca, co właściwie się wydarzyło. A potem przeglądamy pliki i dopiero po raz pierwszy naprawdę to widzimy. W szczegółach, w gestach, w emocjach. I bardzo nam się robi wesoło.