Fotografia Ślubna

Uwielbiam te miłosne historie. O setkach kilometrów które ktoś przejechał żeby pocałować swoją dziewczynę na dobranoc, awanturach o niezakręconą tubkę pasty do zębów, o miłościach z rozsądku, z szaleństwa, z zaskoczenia. Bo każda para jest inna. Każda mówi własnym językiem opowiadając własną, niepowtarzalną historię. Złożoną z drobnych gestów, słów i znaków. Ze spojrzeń które tylko dla nich są zrozumiałe a które można uchwycić tylko na zdjęciach. Moim zadaniem jest zachować czujność. To nie może się znudzić, to jak poznawanie świata wciąż od nowa. Chcę fotografować zakochanych…Pstrykam więc ślubnie, rodzinnie, komercyjnie i niekomercyjnie, w kolorze i w czarno-bieli. Zawsze z miłością.

Zabieraliśmy się do tej sesji przez okrągły miesiąc. Sweterki leżały złożone w równą kostkę, dziedzic zgodził się pożyczyć sanki, był ogólny plan i szczegółowy zamysł. A potem przyczepiła się grypa, potem nie było śniegu, poźniej pochłonęły nas inne projekty a na koniec wiadomo: były święta i było po świętach. Powoli zaczynaliśmy się oswajać z myślą, że wszechświat ma w dupie naszą potrzebę wyrażania się poprzez twórczość i może nie należy z tym dyskutować a jedynie zabrać się do robienia obiadów i jeżdżenia z młodym jego zdalnie sterowanym traktorem. I (jak to zwykle bywa) kiedy już odpuściliśmy, wyluzowaliśmy i włączyliśmy ogólny chill- stało się. Spadł cudny, skrzący się śnieg, zaświeciło miękkie, ciepłe słońce i pojawili się Sylwia i Maciek. Wrzuciliśmy sprzęt do bagażnika i po prostu pojechaliśmy na plener. Wyszło nam trochę po amerykańsku ale też bardzo po naszemu. Sylwia była dziś najpiękniejsza a Maciek wiadomo- skowyrny gość. W ogóle wszystko było bardzo skowyrne a każdy, komu zjawisko skowyrności jest nieco obce dostaje od nas pracę domową- zrobić michę popcornu i obejrzeć „Czas surferów”.  Rzecz okropna ale skowyrność wytłumaczy i wszystko będzie jasne. Kissy!

Podróże są trzecią w kolejce (po Olku i dobrym żarciu) naszą rozrywką stulecia. Lubimy upychanie maneli kolanami do małych walizek, które trzeba szybko zapiąć żeby rzeczy nie zdążyły powyskakiwać, lubimy nocne tankowania z niedobrymi hot-dogami na stacjach benzynowych, lubimy stać w kolejce do odprawy i patrzeć jak na ekranach odlotów rysują się dziesiątki możliwości. A najbardziej lubimy nasze zagraniczne zlecenia, kiedy z obiektywami poutykanymi po kieszeniach jedziemy poznawać i fotografować zupełnie nowych ludzi w zupełnie nowych miejscach. I kiedy docieramy do takiej prześlicznej Uppsali, z tysiącami rowerów, starych kamienic i szwedzkich studentów przebranych za smerfy i spotykamy tam chilijsko-szwedzką parę rodziców dożka francuskiego którzy w dodatku pożerają nam serca od pierwszej minuty sesji to myślimy sobie, że właśnie dzieje się życie które sobie wymarzyliśmy. Huge hugs to Camila, Mattias & Douglas!