Fotografia Ślubna

Uwielbiam te miłosne historie. O setkach kilometrów które ktoś przejechał żeby pocałować swoją dziewczynę na dobranoc, awanturach o niezakręconą tubkę pasty do zębów, o miłościach z rozsądku, z szaleństwa, z zaskoczenia. Bo każda para jest inna. Każda mówi własnym językiem opowiadając własną, niepowtarzalną historię. Złożoną z drobnych gestów, słów i znaków. Ze spojrzeń które tylko dla nich są zrozumiałe a które można uchwycić tylko na zdjęciach. Moim zadaniem jest zachować czujność i złapać w piksele niepowtarzalność miłości. To nie może się znudzić, to jak poznawanie świata wciąż od nowa. Chcę fotografować zakochanych…Pstrykam więc ślubnie, rodzinnie, komercyjnie i niekomercyjnie, w kolorze i w czarno-bieli. Zawsze z miłością.

Mamy gdzieś w domu karteczkę z napisem, że „Miłość to jest niebezpieczna rzecz”:) Szalona taka, z płomieniem- wiadomo:) I mamy na ten temat kilka fotek, Sylwię i Grzesia mamy i nawet wspomnienie jak to Roswadowski z Sylwią i Grzesiem też hasał i to były czasy naprawdę gorące! Tak to było! Enjoy!

Dobra mili Państwo, koniec tego. Wyprzedaże zimowe były, nakupiliśmy milion koszul, spodni i skarpet więc nie narobimy Wam wiochy w sezonie ślubnym;) I teraz już ta zima do niczego nie potrzebna więc zróbmy tak, że uznajemy, że wystarczy. Było mineło, prosimy wiosnę. Tym bardziej, że właśnie skończyliśmy pracować nad sesją która prawie pozbawiła nas palców;) A to tylko dlatego żeśmy wyleźli na dwór pełni wiary i nadziei i z konmi i w ogóle i nam się wydawało, że nas minus dwadzieścia nie ruszy. Pół godziny wytrzymaliśmy co czyni z nas fotografów i modeli sezonu. Sto punktów dla Zosi za uśmiech i niezgrzytanie zębami;) A teraz czekamy aż się zazieleni. I kropka.

—————

All right Ladies And Gents, that’s it. Winter sales have just finished, we’ve bought lots of shirts, trousers and socks so we won’t bring shame on you in the wedding season Now we don’t need winter any more – we’ve had enough, bygones, we want spring, all the more that we’ve just finished working on a shoot, which almost took our fingers. Only because we went outside, full of hope and optimism, with horses, and it seemed to us that -20 °C is nothing. We were able to stay outside only for 30 minutes which makes us photographers and models of the year. Zosia gets all the marbles for smiling and not grinding her teeth And now we’re just waiting till it turns green outside. Full stop.

Zabieraliśmy się do tej sesji przez okrągły miesiąc. Sweterki leżały złożone w równą kostkę, dziedzic zgodził się pożyczyć sanki, był ogólny plan i szczegółowy zamysł. A potem przyczepiła się grypa, potem nie było śniegu, poźniej pochłonęły nas inne projekty a na koniec wiadomo: były święta i było po świętach. Powoli zaczynaliśmy się oswajać z myślą, że wszechświat ma w dupie naszą potrzebę wyrażania się poprzez twórczość i może nie należy z tym dyskutować a jedynie zabrać się do robienia obiadów i jeżdżenia z młodym jego zdalnie sterowanym traktorem. I (jak to zwykle bywa) kiedy już odpuściliśmy, wyluzowaliśmy i włączyliśmy ogólny chill- stało się. Spadł cudny, skrzący się śnieg, zaświeciło miękkie, ciepłe słońce i pojawili się Sylwia i Maciek. Wrzuciliśmy sprzęt do bagażnika i po prostu pojechaliśmy na plener. Wyszło nam trochę po amerykańsku ale też bardzo po naszemu. Sylwia była dziś najpiękniejsza a Maciek wiadomo- skowyrny gość. W ogóle wszystko było bardzo skowyrne a każdy, komu zjawisko skowyrności jest nieco obce dostaje od nas pracę domową- zrobić michę popcornu i obejrzeć „Czas surferów”.  Rzecz okropna ale skowyrność wytłumaczy i wszystko będzie jasne. Kissy!

Podróże są trzecią w kolejce (po Olku i dobrym żarciu) naszą rozrywką stulecia. Lubimy upychanie maneli kolanami do małych walizek, które trzeba szybko zapiąć żeby rzeczy nie zdążyły powyskakiwać, lubimy nocne tankowania z niedobrymi hot-dogami na stacjach benzynowych, lubimy stać w kolejce do odprawy i patrzeć jak na ekranach odlotów rysują się dziesiątki możliwości. A najbardziej lubimy nasze zagraniczne zlecenia, kiedy z obiektywami poutykanymi po kieszeniach jedziemy poznawać i fotografować zupełnie nowych ludzi w zupełnie nowych miejscach. I kiedy docieramy do takiej prześlicznej Uppsali, z tysiącami rowerów, starych kamienic i szwedzkich studentów przebranych za smerfy i spotykamy tam chilijsko-szwedzką parę rodziców dożka francuskiego którzy w dodatku pożerają nam serca od pierwszej minuty sesji to myślimy sobie, że właśnie dzieje się życie które sobie wymarzyliśmy. Huge hugs to Camila, Mattias & Douglas!

Pamiętacie konkurs na sesję z ukochaną osobą który szalał jakiś czas temu na naszym facebookowym fanpejdżu? Pisaliśmy o tym gdzieś tu: http://pinkclouds.pl/2012/04/konkurs-pink-clouds-rozstrzygniety/
Wygrali go Asia i Łukasz zdobywając jakąś niewiarygodną wprost ilość lubisiów i całe mnóstwo sympatycznych komentarzy.
Strasznie więc byliśmy ciekawi co to za jedni ;) Skręciliśmy więc z Roswadowskim bardzo sprytny plan: załatwiliśmy od dziadka zgodę na kilkudniową przepustkę dla babci, kupiliśmy babci bilecik na lot relacji Szczecin-Wawa, Świerszczowi kupiliśmy karnet na salę z kulkami i poinstruowaliśmy babcię jak wytłumaczyć taksówkarzowi którędy na tę salę. Sami tymczasem prysnęliśmy na małą, konkursową seszon. Cwane nie? ;) Jesteśmy mistrzami dobrych projektów. Mały chaos dopadł nas za to w trakcie zdjęć bo tak się napaliliśmy, że chcieliśmy wszystko, szybko i na raz. Stąd trzy plenery, kilka zmian garderoby i całe mnóstwo świetnej zabawy. Special thanks to Asia & Łukasz!